17.07.2008 :: 23:50 | komentuj (1)
Bajka o królewnie?
Znam ją od niedawna, ale miałam wystarczająco dużo czasu, żeby ją poobserwować i na podstawie tych obserwacji choć trochę poznać. Nie polubiłam jej, zaakceptowałam tylko, chociaż powinnam zrobić odwrotnie – nie akceptować, a polubić; na pewne rzeczy godzić się nie można, nie można ich akceptować, żeby się do nich nie przyzwyczajać, nie przymykać na nie oka, żeby można było zareagować, kiedy się wymkną spod kontroli. Dlaczego zdecydowałam się o niej napisać? Być może popchnęła mnie do tego jej własna nieudolność oraz nieśmiałość – bo sama często ma ochotę wykrzyknąć kilka słów tak głośno, żeby usłyszał cały świat, a przynajmniej jakaś jego część, żeby mieć to za sobą, w pewien sposób podzielić ten „ciężar” na większą liczbę barków. Za każdym razem jednak okazuje się, że brakuje jej odwagi, że raczej wolałaby zamilknąć, zapaść się pod ziemię, zniknąć – niż przyznać się, dlaczego zachowuje się tak, a nie inaczej, dlaczego czasem odmawia, udziela pokrętnych odpowiedzi, przyznać się, co tak naprawdę jej dolega. Obawia niezrozumienia, odrzucenia i jeszcze kilku innych reakcji, zapewne słusznych, a w każdym razie „normalnych” z punktu widzenia jej (tylko wyimaginowanych) interlokutorów, podziału, takiego cichego, na „nich” – tych lepszych, normalnych, i „nich” – tych innych, przeciw czemu na pewno by się buntowała, ubrania jej w myślach w biały kaftan, a przynajmniej uznania za osobę niezrównoważoną, może nawet niebezpieczną, a jeśli nie niezrównoważoną i niebezpieczną, to najpewniej najzwyklejszą hipochondryczkę. Nie krzyczy więc, a mówi cicho – i tylko do niektórych, tych, którzy są w stanie zrozumieć. Boi się konfrontacji, boi reakcji, które sobie wyobraża, a które może wcale nie miałyby miejsca, gdyby spróbowała…
A gdyby to wszystko opisała? Również uznałoby ją za istotę niebezpieczną, niezrównoważoną, z fanaberiami? A może zostałaby okrzyknięta ekshibicjonistką lub prowokatorką? W dodatku wstrętną, odrażającą, infantylną i…
Z boku wszystko jest normalnie. Można by powiedzieć, że jest królewną z bajki, żyjącą w bajkowym świecie, a jeśli nie królewną, to przynajmniej dzieckiem szczęścia, takim w czepku urodzonym, nieustannie chronionym przez Anioła stróża. Ma wszystko, czego do szczęścia można potrzebować – może nie do jakiegoś wielkiego Szczęścia, ale na pewno do szczęścia. Oprócz tego jest młoda i choć urodą nie oszałamia, jest ładna, pełna świeżego jeszcze, niedawno odkrytego seksapilu, pełna kobiecości i zadowolenia ze zgrabnej sylwetki, tych kilku milimetrów, a może nawet centymetrów wysokości, które jej przybyły w ostatnim czasie i wydłużyły nogi, zadowolenia z siebie z wszystkimi niedoskonałościami. Jest chodzącą w szortach, koronkach, klapkach na płaskiej podeszwie, takich, w których widać pomalowane paznokcie, Młodością, Kobiecością, tą z rodu Ewy, grzechu wartą, choć nie kusi. Płeć przeciwna zainteresowała się nią późno i teraz nadrabia braki, naprzemiennie śmiesząc ją i irytując swymi wyznaniami, bo ona już kocha. W indeksie ma same piątki i czwórki, ambicję w głowie. Wiele jej tego zazdrości, choć uparcie powtarza, że to raczej przypadek niż wiedza, ale na wszelki wypadek nie odzywa się na zajęciach, nie zwiedza pubów w towarzystwie koleżanek z roku, znika grzecznie w tramwaju i jedzie jak najdalej od nich. Pewnie by chciały wreszcie poznać prawdziwą odpowiedź na pytanie, dlaczego znów przyszła smutna, zgaszona – bo ile razy można się nie wyspać, mieć zły dzień, przechodzić PMS? One nie wiedzą, dlaczego zdarza jej się nie pojawiać na uczelni. Nie wiedzą, kogo odwiedza raz w miesiącu w sennej, wstydliwej uliczce, prawie nikomu nieznanej i wiecznie pustej.
One nie widzą jej zbyt szczupłych ramion, zbyt szczupłych ud i innych części ciała, żył przypominających deltę Nilu, włosów, które uparcie wypadają z jej głowy. Nie znają lęku, który nią targa, który nie pozwala jeść, przytyć, spędzić dnia lub wieczoru na mieście, zahaczając o dawne ulubione restauracje, który często nie pozwala oddychać, zasnąć, cieszyć się życiem i tym szczęściem, które ma i które by jej wystarczyło – do szczęścia.
Królewny nie mają problemów. Królewny, zwłaszcza te młode i ładne, mają kolorowe sny i królewskie marzenia, a nie tak trywialne, jak te, w których czuje się smak kanapki z ogórkiem i pomidorem, zjadanej na kolację w gronie dawnych przyjaciółek. Królewny nie marzą o gofrach z owocami, sałatkach, zapiekankach z krakowskich placów. Królewny nie mają problemów.
Królewny są też zdrowe. Nie muszą odwiedzać najróżniejszych lekarzy (internistów, laryngologów, dermatologów, okulistów, alergologów i Bóg wie jakich jeszcze), poddawać się najrozmaitszym badaniom, z biciem serca oczekiwać wyników i z ulgą oddychać, kiedy mimo tych szczupłych ramion i wypadających włosów nie ma oznak anemii, tarczycy, białaczki czy innych chorób „branych pod uwagę”.
Widać ona nie jest królewną. Może kiedyś to zostanie stwierdzone – i to bez użycia grochu. Jest za to dziewczyną, która codziennie rano przed lustrem powtarza vivere est militare, zaciska zęby i stara się jakoś przeżyć kolejny dzień. I paradoksalnie codziennie wieczorem świętuje swoje zwycięstwo.
Jest dziewczyną, która choruje na nerwicę, która miewa ataki paniki, które dusi w sobie, żeby nikt nie widział i które bezskutecznie stara się oswoić. Nie chcę szukać przyczyn jej lęku i lęków, ona sama powtarza, że nie chce się nad sobą rozczulać, że nie chce współczucia, a tylko zrozumienia, przyjęcia do wiadomości słowa „choroba” (czy w ogóle można podać źródło choroby? czy ktoś pyta chorego na raka, dlaczego wybrał akurat jego?), nie oceniania jej, nie uznawania za kogoś „innego”. Tylko jak się zachować, gdy ma się do czynienia z osobą, która co miesiąc, a czasem nawet częściej, odwiedza psychiatrę, z osobą, która zachowuje się normalnie, która przecież nie pasuje do wizerunku pacjenta psychiatry, która ze spokojem i bez skrępowania wymawia nazwę tej profesji. Z osobą, która zasypia po środku nasennym, która stosuje już trzeci lek, mający kiedyś zapewnić jej normalne życie – takie, jakie prowadziła jeszcze rok temu. Zapewnić normalność, której brakuje w posiadanym przez nią szczęściu.
Jeśli spotkacie kiedyś królewnę, pamiętajcie, że królewny, oczywiście te prawdziwe, dystyngowane, zawsze w obecności poddanych uśmiechają się przez łzy, nawet jeśli przeżywają wielką tragedię. Pamiętajcie, że nie zawsze żyją długo i szczęśliwie. Życie to nie bajka.
Staram się uśmiechać – pomimo tych przysłowiowych łez. A dziś znów usnę po tabletce nasennej. Jutro powalczę o kolejny dzień. Niedługo znów pójdę do psychiatry.
19.07.2008 :: 19:38 | komentuj (0)
Siedziałam na krześle ogrodowym z wtulonymi w pożółkłą trawę bladymi nogami, nasmarowanymi kremem do opalania, czekając, aż słońce raczy choć na chwilę wyjść za chmur i pozwoli mi zażyć tej upragnionej kąpieli w swoich promieniach.
Pod krzesłem rozpłaszczył się kot. Jeśli chodzi o zamiłowanie do wygrzewania się na słońcu, to nie ma między nami różnic. Jestem takim samym kotem, jak on człowiekiem. No, może są – nie kładę się na parapetach. Ale gdybym mogła, kto wie…?
Od tygodnia mam wakacje. Co prawda ostatni egzamin odbył się pierwszego lipca, ale potem było wybieranie mebli (szwedzkich), unifikujących każdą przestrzeń polskiego domu, a przynajmniej mogących ją zunifikować w sześciu czy siedmiu wybranych miastach Polski (albo nawet i poza nimi), weekend w Krakowie, potem znów wybieranie dywanów, akcesoriów kuchennych, łazienkowych i kilku jeszcze innych rzeczy.
Od tygodnia mam wakacje i na razie nie ruszam się z domu. Nie, owszem, ruszam się, precyzyjniej byłoby napisać: nie ruszam się poza granice miasta. Na jeszcze jeden tydzień. Potem będzie ustawianie książek na meblach, sprzątanie zunifikowanej wcześniej powierzchni – zwyczajne udomowianie mieszkania.
Na moich kolanach (na szczęście krem się szybko wchłania) spokojnie spoczywała książka, otwarta na jednej z ostatnich kart. Nie żadna z listy tych, które zamierzałam przeczytać w wakacje. „Lolita” Nabokova.
W czasie roku akademickiego pisałam w myślach (bo pamięć mam jeszcze nienajgorszą) listę ambitnych książek, których treść powinnam poznać już dawno, i do nieznajomości treści których wstyd się przyznać, lepiej więc twierdząco – kiedy ktoś stwierdza, że się je zna i przechodzi do prezentacji związanych z nimi zagadnień – kiwać głową i nie zdradzać po sobie prawdziwego stanu rzeczy. Braki w swym oczytaniu, tę wielką i brzydką plamę na mym przyszłym polonistycznym wykształceniu, postanowiłam uzupełnić (wyczyścić) właśnie w wakacje.
Plan wydawał mi się prosty: dużo wolnego czasu, owe książki, para oczu. Dużo wolnego czasu, książki, ja. I kiedy wreszcie nadeszła możliwość zrealizowania tego snutego przez kilka miesięcy planu, górę wzięło zmęczenie „ambitną” literaturą zawartą w kanonie lektur oraz chęć odpoczynku przy niewymagającej większego skupienia literaturze. Tydzień temu, kiedy pociąg do Łodzi kaliskiej zatrzymał się na zaniedbanej stacji o aż dwóch peronach, ogarnęło mnie całkowite rozprzężenie.
To zaskakujące i jednocześnie przerażające, ile książek, ile nazwisk uczeń pierwszego roku polonistyki znać powinien – a jeśli nie zna, niech przynajmniej udaje, że zna. Nasuwa się pytanie „gdzie miał je poznać?”. W szkole, w której czyta się fragmenty ustalonych lektur, co przecież nie stoi na przeszkodzie, by nauczyciel do programu wprowadził przynajmniej te kilka książek? W domu, pod kołdrą, czytając przy latarce albo przy świecy? – żeby móc później zarzucić nauczyciela bądź kolegów kilkoma cytatami i mieć poczucie, że wzbogaciło się własną osobowość o kawałek dobrej literatury, a co za tym idzie, mieć to dziwne, ale miłe zarazem uczucie wyższości nad innymi śmiertelnymi. W bibliotekach, już będąc studentem? – z zapartym tchem, z wyrazem nieustającego zachwytu i zdumienia zgłębiać nie tylko ten elementarny kanon, ale też czytać, czytać, czytać to, co w ręce wpadnie, to, co znać n a l e ż y, a raczej: co znać już należy (należało?). Bo przecież studia polegają na samodzielnym drążeniu fascynujących nas tematów, a fascynować powinny wszystkie poruszane na zajęciach problemy.
Świeżo upieczony maturzysta i kandydat na studenta wydziału filologii polskiej winien więc mieć za sobą nieprzespane noce, spędzone na czytaniu tych i owych książek – bo przecież dnie spędzał na nauce do egzaminów maturalnych (przecież nie tylko z języka polskiego) i próbując nadążyć za pędzącymi z programem pomocnikami Oświaty, którzy już dawno dostali zadyszki, próbując za ową Oświatą i jej Postanowieniami nadążyć.
A jeśli ów świeżo upieczony maturzysta i kandydat na studenta wydziału filologii polskiej miał za sobą przespane noce (bo akurat spać lubi, a i do nadprogramowego czytania zabrakło mu wystarczająco silnej woli), braki czym prędzej winien nadrobić, zasypiając z wyczerpania w czytelniach akademickich bibliotek. Absolutnie nie powinien się przejmować tym, że nie uda mu się przeczytać w s z y s t k i c h książek, poznać w s z y s t k i c h tych nazwisk, które znać w jego gronie wypada, dokładnie poznać każdy poruszany na zajęciach problem – i przy okazji wzbogacić go o swoje przemyślenia, które później zostawi potomnym w jakimś krótkim referacie. A już przede wszystkim nie powinien się przejmować tym, że w związku z podziałem studiów na dwa etapy, przyjdzie mu na pierwszym roku w telegraficznym skrócie poznać powierzchownie na zajęciach (a dogłębnie we własnym zakresie, do czego motywacją będzie ten palący wstyd, jaki ogarnie go w przyszłości, gdy nie będzie potrafił udzielić odpowiedzi na postawione pytanie; lepiej więc zawczasu się przygotować i zgłębiać to, co jest do zgłębienia) aż pięć epok literackich i twórczości mniej lub bardziej ważnych (czyli tych, których znać należy) przedstawicieli tychże epok. W tym celu dostanie kanon – dość skromny, okrojony, np. bez Szekspira (którego nieznane jeszcze dzieła pozna na innych zajęciach), bo przecież resztę przeczyta sam. Niemożliwością jest porządne przerobienie tego skromnego kanonu, mimo całej jego skromności. Nie, kłamię, wykładowcy przeprowadzili badania, o których wyniku poinformował dziekan: student jest w stanie porządnie przerobić kanon, jeśli codziennie będzie wstawać o szóstej rano i czytać do późnego wieczora z przerwami na jedzenie i czynności fizjologiczne, ale bez udziału w zajęciach akademickich i innych zajęciach.
Absolutnie nie powinien się przejmować, że nie będzie mieć tylko egzaminu z historii literatury, ale też z kilku innych przedmiotów.
Dziewiętnastoletni student polonistyki winien – zanim jeszcze przestąpi próg uczelni, tej matki karmiącej, a więc surowej i wymagającej, dlatego stawiającej takie wymagania – znać wszystkie zagadnienia z programu nauczania, znać wszystkie wymienione w tym programie pozycje oraz te, które wymienione nie są, bo znać je należy.
Dobrze jest, jeśli książki towarzyszą w życiu. Nie jest dobrze, kiedy książki wypełniają życie. Nie jest dobrze, kiedy książki pochłaniają życie.
Słońce przetrzymało mnie godzinę, chowając się, to znów wychodząc zza chmur. Z zachmurzonymi oczyma (bo przecież patrzyłam na te chmury) i z zachmurzonym czołem wróciłam do domu, kot zaś czmychnął w krzaki. Skończyłam „Lolitę”. I nadal będę udawać, że znam to, co „państwo przecież doskonale już zna”.