justyna anna aleksandra


27.04.2008 :: 12:16 | komentuj (5)

Kompilacja twórczości Haliny Poświatowskiej oraz mej własnej

- taka tam zabawa lingwistyczno-liryczna przesiąknięta przedmajowym powietrzem oraz nocną melancholią, bez ładu i składu napisana w celach bliżej autorce nieznanych po kolejnej lekturze wierszy Haliny Poświatowskiej; no, może niech celem będzie docere et delectare et movere czy coś w tym guście, oraz fakt, że trzeba dodawać jakieś notki, coby nie usunięto bloga -


Czasem brakuje łez i słów. Czasem lepiej te słowa pożyczyć od kogoś. Ja pożyczam od niej - jak zwykle.
Z nią los się obchodził mimo wszystko gorzej. Ale ja też dotknęłam miłości, też miała smak gorzki jak filiżanka ciemnej kawy (a ja zawsze słodzę kawę), też wzmogła rytm serca, rozdrażniła mój żywy organizm, rozkołysała zmysły i nie pozwoliła zasypiać.

Tylko jej świat był inny. I ludzie byli inni. Może nawet byli dobrzy. Może mieli to tzw. poczucie przyzwoitości. Może nie chcieli szybko, łatwo i przyjemnie, bez swego wkładu. Umieli na pewno mówić. I opowiadać. Godzinami. Myśli i uczucia ubierać w słowa. My już tego nie potrafimy.

Czasem nie chce się już mieć ani rąk, ani oczu, ani uszu, ani serca.
Ci z tamtego świata mówią, że wystarczy poczekać. Ale we mnie też czas nie potrafi zastygnąć, toczy się poprzez krew, może tylko wypłynąć samobójczymi kroplami i zniknąć. Nie będę więcej słuchać, jak opowiada pięknie o zakręcie rzeki, nie będę patrzeć, jak dom rysuje paznokciem na gładkim blacie ulicy, nie będę rozwierać palców, kiedy znów mi poda kwitnącą przyszłość jak owoc pomarańczy - na dłoni.

Tak, miała rację, że tryb przypuszczający ma swój urok. Bo przecież też mógłby mnie nazwać żoną, mógłby w gorące południe przynieść przejrzyste szkiełko lodu i zamiast pocałunku, włożyć je do topniejących ust. Mógły pocałować moje usta i włosy - bardzo samotne w swej nieustannej obecności - i dłonią zręczną w uśmiech zagładzić.

Ja go czasem widzę, lecz wyciągniętymi rękoma dotykam tylko mojej myśli o nim. Myśli sama nie wiem jakiej. Widocznie tak można: z najprawdziwszym mieniem rozstać się i nie patrząc wstecz - odejść. A kochać wciąż pokornie. Można mówić do słońca albo krzyczeć do nieba, że widać nie dorósł do pięt mojej urody, że umrę, jeśli odejdzie. Można się żalić gwiazdom, że nie był wcale piękny i charakter miał raczej trudny, że nie był czuły i w ogóle jakiś nijaki. Ale kto mi teraz umaluje niebo, skoro odszedł i nie wróci? Uczepiłam się jego cienia (a mój cień już jest kobietą, odkryłam to na ścianie), trzymam miłość moją za włosy, tylko po co? Nie dla mnie rutka na wianek, starą panną zostanę, mogę śpiewać z tymi ptakami, które już od rana śpiewają pod moim oknem, siedząc na drzewie, które właśnie ożyło - jak co roku.

A on mówił - że kocha, a ja teraz tęsknię i w wielkiej zadumie podpieram brodę ręką, i myślę o dłoniach, których dotyk pamiętam. Ciągle jeszcze oddycham, ciągle jeszcze się uśmiecham do siebie w lustrze, jakoś to będzie - mówię - trzeba posprzątać, zrobić zakupy, przeczytać Platona ("Ucztę" ściślej mówiąc), trzeba pomyśleć o jutrze. Prawdę mówili, mówiąc, że świat się nie zawali, że ziemia będzie się kręcić dalej, obojętna na wszystko i wszystkich. Nawet słońce jak na złość świeci, a noce są piękne i spokojne. Więc ja zaciągam żaluzje, żeby nie wpuszczać słońca. Więc ja zamykam okno, żeby nie widzieć tych ludzi śmiejących się do siebie. Więc ja biorę jakieś tabletki, żeby zapomnieć, żeby nie czuć tego piękna i spokoju, który drażni i w złość wprawia, żeby zasnąć i nie mieć snów, w których mógłbyś się pojawiać. A tego roku wiosna, wiosna jest niesłychanie znajoma. Urzeka w każdym miejscu, jakby drwiła ze mnie i szeptała: idiotko, nie przyszłam w tym roku dla Ciebie.
Kolor wiosny jest zielony, a kolor bólu - ciemny.

Nie rzuca się kobiet, bo płaczą w rogu wszechświata zwinięte i gwiazdom chłodnego blasku zazdroszczą. Nie rzuca się kobiet ściętych pożądaniem.

Nie mówię nic.
Nie myślę.
W skupieniu głębokim trwam.

Doskonale aspołeczna siedzę w kucki, segreguję pragnienie, tęsknotę, ból. Przeglądam wspomnienia.

Czy jestem naprawdę żałobna?
Raczej nie lubię życia.
Raczej wolę śmierć.

Głupcze, modlę się do Ciebie. Żebyś się zmiłował nade mną.

Zanurzone we włosach twoich moje palce nie wiedziały, o własnej umiejętności. Teraz nie wiedzą, co dalej robić, a ja je uspokajam słowami, kłamię. W środku ciała jak kot wygięty pragnieniem wołam o ręce człowiecze. Nie słowem tęsknię, ale rękoma.

Świat będzie uboższy o tę trochę miłości, świat będzie chłodniejszy o tę czerwień, która nagłym przypływem nie rozżarzy moich policzków, świat będzie cichszy o to gwałtowne bicie serca.

Z miłości umiera się wielokrotnie. Pierwszy raz to smak gorzki, jak smak tej kawy bez cukru. Drugi raz to tylko smak przestrzeni. Za trzecim, czwartym, piątym umiera się z rutyną mniej wzniośle, z większą godnością. A ja i tak jestem Ci wierna i codziennie wybieram Ciebie spośród miliona, i szepczę kocham, chociaż to nie ma sensu i jak talizman noszę ze sobą wszędzie twój uśmiech od przedwczoraj pęknięty na pół. Ja jeszcze ciągle czekam na Ciebie, choć Ty nie przychodzisz.

Czekam, czekam wytrwale, a Ty jesteś słońcem, które pozwala mi mimo wszystko żyć. Jest znowu wieczór, na dachach za kilka miesięcy będzie leżeć śnieg, wąskie wieże kościołów, do których nie mam sił chodzić, nakłuwają niebo. I dni tak lekko biegną nie wiadomo gdzie.
Czekam długo, wspieram włosy na ręce, podpórkę robię włosom z moich rąk samotnych palców. Usta oszukuję pieszczotą kolorowej szminki. Czekajcie - mówię - przyfruną pocałunki. Piersi dotykam ręką, szeptam - czekajcie, przyjdzie ten, w którego rąk zagłębieniu znajdziecie spokojną przestrzeń.
Ale czasem rzucam to wszystko w chłodną taflę lustra, i odwracam twarz, i się śmieję płacząc.
Dlaczego przeklinam, dlaczego miotam obelgi?

Ślad kiedyś zniknie z mojej skóry, jak gdyby lakier odłupać paznokciem.

Wiara.
Nadzieja.
Miłość.

Mimo to wiem, że pewnie nie powrócisz.

Miłość jest słowem a mózg - metalową skrzynką, nakręconą codziennie srebrnym kluczem ułudy.

słowami
skarżę się z moich udręczeń
jak gdyby liryka była kluczem
którym można by otworzyć
zatrzaśnięty nie tak dawno raj

jeszcze głos twój usłyszeć chcę
zapachem się zaciągnąć
pojąć cię raz i na zawsze wszystkimi zmysłami
i nigdy nie zrozumieć i ciągle na nowo
dochodzić prawdy pocałunkami

***

Tulipany rozkwitły. Zaraz pokażą się konwalie.
Nie, nie chcę nienawidzić wiosny!





28.04.2008 :: 21:59 | komentuj (1)

Lubię te noce kwietniowe - nie upalne, ale już nie chłodne. Niosące zapach kwiatów, zapach traw, zapach nadchodzącego maja - zapach wiosny, która w maju wybucha z całą mocą. Orzeźwiające. Niosące zapowiedź nowego, niosące jakiś niewytłumaczalny optymizm i radość.
Lubię te noce - mające w sobie jakieś tajemnice i zapowiadające noc Walpurgi. A ja przecież mam w sobie coś z czarownicy.

Rozkwietniło się na świecie, rozzieleniło, rozsłoneczniło.
Rozwiosenniło wokoło.
Znów nam ubędzie lat.

A mnie tak jakoś lirycznie, i smutno, i wesoło zarazem.






ta mała

justyna anna aleksandra

księga gości

zobacz
dopisz

było

2008
09
08
07
06
05
04
03
02
01
2007
2006

inni

agent
anarcha
arseniusz
consolamentum
commentari
dziedzic gryffindora
esthel
fil-ar
ivanka
lach
loyolny
krwawy baron
maks
nizam
notoryczna
otis
pani łyżeczka
radosław
wojtek

ownlog.com & fotolog.pl