justyna anna aleksandra


30.08.2008 :: 20:00 | komentuj (15)

Piękna... za ile?

Prasy kobiecej raczej nie czytam, nie licząc prenumerowanego od dobrych kilku lat „Twojego Stylu” oraz gazetek, które znaleźć można w poczekalni u fryzjera, kosmetyczki czy manicurzystki. Niedawno jednak, wybierając się w trwającą kilka godzin podróż pociągiem, postanowiłam – trochę z ciekawości, choć głównie dla zabicia czasu – zaopatrzyć się w prasę przeznaczoną dla płci piękniejszej. Sięgnęłam jednak po czasopisma z nazwijmy to „wyższej półki”. Wybrałam dwa tytuły: miesięczniki „JOY” (3,90 zł, 158 stron) oraz „Uroda” (4,99 zł, 130 stron).

Przygotowałam się na lekką, przyjemną, odprężającą, niewymagającą wysiłku intelektualnego lekturę; może nawet na poprawienie humoru. Ot, trochę ciekawostek z życia gwiazd, nowinek kulturalnych, trochę porad jak zadbać o urodę, co zrobić, by seks był udany, trochę ćwiczeń odchudzających (i to właśnie jest to poprawianie humoru – bo ja się odchudzać nie muszę), trochę mody. I na planach zrelaksowania się w czasie zgłębiania treści wyżej wymienionych czasopism skończyło się. Bo uświadomienie sobie, że nie ma się zielonego pojęcia o właściwej pielęgnacji włosów (czyli że do tej pory o włosy dbało się źle), o odpowiedniej i pożytecznej diecie („co warto jeść dla urody, dobrego samopoczucia i świetnego seksu”), o zabiegach, które „przywrócą oczom młodzieńczy blask” (cholera, to do kobiet w jakim przedziale wiekowym są adresowane te czasopisma?), o tym, jakie kosmetyki stosować (i jak je stosować), by być piękną i olśnić każdego mężczyznę, wcale nie poprawia nastroju ani tym bardziej nie relaksuje… Wręcz przeciwnie – świadomość takich elementarnych braków w dziedzinie bliskiej każdej niewieście, czyli w u r o d z i e, może spowodować trwającą kilka dni chandrę albo nawet depresję. A jak wiadomo, z depresją nie ma żartów. Zwłaszcza u kobiety. Pewnie aby temu zapobiec, wydawane są właśnie takie czasopisma. Najpierw uświadomią ci, że do tej pory w ogóle o siebie nie dbałaś, ale nie jest to powód do rozpaczy, bo przecież ichni eksperci są gotowi przyjść ci z pomocą, testując i podając marki najlepszych dla ciebie kremów, balsamów, cieni do powiek, odżywek etc. A wszystko po to, abyś była zadbana, abyś czuła się kobieco, seksownie i abyś oczarowała każdego faceta, który pojawi się w zasięgu twojego wzroku. Cóż za szczęście! Która z nas nie chciałaby być zadbaną, seksowną i czarującą kobietą, mogącą mieć każdego mężczyznę – a wszystko to po zastosowaniu się do wskazówek, za które zapłacimy zaledwie kilka złotych? Każda by chciała. Problem polega tylko na tym, że zanim będzie nas stać na zakup zaprezentowanych w owych czasopismach kosmetyków, żadne kosmetyki na poprawę urody mogą już nie przynieść spodziewanych pomyślnych efektów…

Postanowiłam sprawdzić, ile powinnam wydać, aby być piękną. I czy mnie na to stać. Nie brałam pod uwagę wydatków na odzież czy aplika torów do kosmetyków, ograniczyłam się do samych kosmetyków i kilku przydatnych urządzeń. Wbrew pozorom, nie wybierałam tych najdroższych.

Zacznijmy od włosów:

Włosy mam do ramion. Czasem je prostuję. Na co dzień się puszą, choć są cienkie. Często mam problem z ich ułożeniem. Latem powinnam o nie szczególnie zadbać. Pomoc w ujarzmieniu puszących się włosów przyniosą mi produkty z silikonem. W ułożeniu – żele do stylizacji, lakiery, pianki oraz odpowiednie szczotki. Powinnam jeszcze stosować maseczki regenerujące i używać suszarki z funkcją jonizacji.

Gliss Kur Total Repair (Schwarzkopf, 200 ml) – 17,99
Seal and Shine (Paul Mitchell, 250 ml) – 33,99
zagęszczający szampon Density Advanced (L’Oreal Professionnel, 250 ml) – 47,00
lakier Gloss&Guard (Matrix, 400 ml) – 42,50
pianka do włosów (Nivea Hair Care) – 13,00
wzmacniający spray Double Force (Kerastase, 300 ml) – 100,00
ceramiczna prostownica z jonizacją (BaByliss) – 269,00
suszarka z jonizacją (CHI Pro, Farouk) – 650,00
woda morska (Gosh, 125 ml) – 39,90
Sprej Solar Sublime (L’Oreal Professionnel, 125 ml) – 64,00
szczotka do stylizacji krótkich włosów (Vogetti) – 44,49
Gel Fixation Forte (Rene Furterer, 100 ml) – 64,00

Przydałby się jeszcze suchy szampon, który podnosi włosy u nasady i pochłania nadmiar sebum.

suchy szampon Naturia (Rene Furterer, 150 ml) – 81,00

razem: 1 466,87 zł

Koszt zwiększyłby się, gdybym farbowała włosy.

Przejdźmy do ciała (w tym do rąk i stóp):

Jako że jestem alergikiem, stosuję kosmetyki dla skóry wrażliwej i alergicznej. Zaoszczędzę więc na aromatycznych żelach do kąpieli, rąk oraz na kosmetykach do opalania i tych podtrzymujących opaleniznę – bo lato chyli się ku końcowi, a pogody nad morzem nie miałam. Powinnam jednak stosować kosmetyki z antyutleniaczami.

kremowy żel do mycia Lipidia (Iwostin, 200 ml) – 30,00
krem do rąk SPF 10 (Iwostin, 75 ml) – 18,00
krem do stóp w kompecie z peelingiem (Artistry, 125 ml) – 172,00
dezodorant Rexona Women (Rexona, 150 ml) – 13,00
olejek relaksujący (Terrake) – 200,00
żel wyszczuplający (Thalgo) – 159,00
żel-krem modelujący biust, ujędrniający szyję, dekolt i piersi (Elancyl) – 88,00
mleczko stopniowo opalające Sun Result (Lierac, 125 ml) – 89,00
samoopalający krem na noc (Olay, 50 ml) – 39,99
olejek do ciała z płatków róż (Dr. Hauschka, 100 ml) – 56,00
delikatny peeling do ciała Elancyl (Galenic, 150 ml) – 45,00
kuracja przeciwrodnikowa z witaminami C, E i kwasem ferulowym (Skin Ceuticals, 30 ml) – 450,00

depilator Philips HP 6517 – 300,00

Co do paznokci – o kilkaset złotych taniej mnie wyniesie profesjonalny manicure i pedicure, 50 zł.

perfumy – zapewne wydatek ok. 400,00

razem: 2 109,99 zł

Teraz przyjrzyjmy się bliżej twarzy:

Zaoszczędzę m.in. na szminkach, kredce do ust, perełkach brązujących. Nie brałam pod uwagę kosmetyków do makijażu wieczorowego oraz różnych wariacji na temat konsystencji poszczególnych kosmetyków.

podkład Light cool (Diane Brill) – 148,00
wypiekany puder Luminys Baked (PUPA) – 83,00
wypiekany róż do policzków Luminys 02 (PUPA) – 73,00
tusz do wrażliwych oczy Definition Respectissime (La Roche-Posay) – 77,00
błyszczyk Lip Perfection Splendor 08 (PUPA) – 59,00
powiększający usta błyszczyk Gkiss Repulpant (YSL) – 75,00
paleta do brwi (Inglot) – 70,00
kredka do powiek (Sensique) – 5,00
korektor Double Wear (Estee Luder) – 115,00
balsam matująco-wygładzający z witaminą C (Benefit) – 130,00
żel-peeling (Nivea Visage Young, 150 ml) – 15,00
płyn do demakijażu BI-FACIL (Lancome, 125 ml) – 130,00

regulacja brwi – 8,00

razem: 988,00 zł

Zahaczmy jeszcze o pupę:

Prawdę mówiąc, po przeczytaniu tekstu dotyczącego pielęgnacji pośladków, zaczęłam się zastanawiać co na temat moich pośladków sądzi mój mężczyzna… Bo przecież nie stosuję:

oczyszczającego żelu Biomedic z LHA (La Roche-Posay, 200 ml) – 96,00
rękawicy z peelingiem (Dior) – 215,00
antycellulitowego ujędrniającego serum (Murad, 200 ml) – 285,00
wyszczuplającego kremu z kofeiną i liposomami (Bliss, 70 g) – 165,00

razem: 761,00 zł

Czy moje pośladki mu się podobają? Czy nie są zbyt grube i za mało jędrne? Czy ja mu się jeszcze podobam?

***

Łączny koszt: 5 325,86 zł (mam nadzieję, że nie pomyliłam się w rachunkach)

Jak widać, Piękno (tak, „piękno” przed duże „P”) kosztuje. Dużo kosztuje. A nawet: bardzo dużo kosztuje.

Niewiele kobiet może sobie pozwolić na wydanie ponad 5 tys. zł na kosmetyki. A już na pewno niewiele s t u d e n t e k może sobie pozwolić.
Czy w ogóle warto tyle wydawać na urodę? Po co? Dla kogo? Czy nasi panowie tego od nas oczekują? Czy nie kochają nas takimi, jakimi jesteśmy?

Panowie, mówcie swoim kobietom, że są piękne – bez względu na to, ile wydają na kosmetyki. Na pewno poczują się kobieco i seksownie – za darmo.





19.07.2008 :: 19:38 | komentuj (0)

Siedziałam na krześle ogrodowym z wtulonymi w pożółkłą trawę bladymi nogami, nasmarowanymi kremem do opalania, czekając, aż słońce raczy choć na chwilę wyjść za chmur i pozwoli mi zażyć tej upragnionej kąpieli w swoich promieniach.

Pod krzesłem rozpłaszczył się kot. Jeśli chodzi o zamiłowanie do wygrzewania się na słońcu, to nie ma między nami różnic. Jestem takim samym kotem, jak on człowiekiem. No, może są – nie kładę się na parapetach. Ale gdybym mogła, kto wie…?

Od tygodnia mam wakacje. Co prawda ostatni egzamin odbył się pierwszego lipca, ale potem było wybieranie mebli (szwedzkich), unifikujących każdą przestrzeń polskiego domu, a przynajmniej mogących ją zunifikować w sześciu czy siedmiu wybranych miastach Polski (albo nawet i poza nimi), weekend w Krakowie, potem znów wybieranie dywanów, akcesoriów kuchennych, łazienkowych i kilku jeszcze innych rzeczy.
Od tygodnia mam wakacje i na razie nie ruszam się z domu. Nie, owszem, ruszam się, precyzyjniej byłoby napisać: nie ruszam się poza granice miasta. Na jeszcze jeden tydzień. Potem będzie ustawianie książek na meblach, sprzątanie zunifikowanej wcześniej powierzchni – zwyczajne udomowianie mieszkania.

Na moich kolanach (na szczęście krem się szybko wchłania) spokojnie spoczywała książka, otwarta na jednej z ostatnich kart. Nie żadna z listy tych, które zamierzałam przeczytać w wakacje. „Lolita” Nabokova.

W czasie roku akademickiego pisałam w myślach (bo pamięć mam jeszcze nienajgorszą) listę ambitnych książek, których treść powinnam poznać już dawno, i do nieznajomości treści których wstyd się przyznać, lepiej więc twierdząco – kiedy ktoś stwierdza, że się je zna i przechodzi do prezentacji związanych z nimi zagadnień – kiwać głową i nie zdradzać po sobie prawdziwego stanu rzeczy. Braki w swym oczytaniu, tę wielką i brzydką plamę na mym przyszłym polonistycznym wykształceniu, postanowiłam uzupełnić (wyczyścić) właśnie w wakacje.

Plan wydawał mi się prosty: dużo wolnego czasu, owe książki, para oczu. Dużo wolnego czasu, książki, ja. I kiedy wreszcie nadeszła możliwość zrealizowania tego snutego przez kilka miesięcy planu, górę wzięło zmęczenie „ambitną” literaturą zawartą w kanonie lektur oraz chęć odpoczynku przy niewymagającej większego skupienia literaturze. Tydzień temu, kiedy pociąg do Łodzi kaliskiej zatrzymał się na zaniedbanej stacji o aż dwóch peronach, ogarnęło mnie całkowite rozprzężenie.

To zaskakujące i jednocześnie przerażające, ile książek, ile nazwisk uczeń pierwszego roku polonistyki znać powinien – a jeśli nie zna, niech przynajmniej udaje, że zna. Nasuwa się pytanie „gdzie miał je poznać?”. W szkole, w której czyta się fragmenty ustalonych lektur, co przecież nie stoi na przeszkodzie, by nauczyciel do programu wprowadził przynajmniej te kilka książek? W domu, pod kołdrą, czytając przy latarce albo przy świecy? – żeby móc później zarzucić nauczyciela bądź kolegów kilkoma cytatami i mieć poczucie, że wzbogaciło się własną osobowość o kawałek dobrej literatury, a co za tym idzie, mieć to dziwne, ale miłe zarazem uczucie wyższości nad innymi śmiertelnymi. W bibliotekach, już będąc studentem? – z zapartym tchem, z wyrazem nieustającego zachwytu i zdumienia zgłębiać nie tylko ten elementarny kanon, ale też czytać, czytać, czytać to, co w ręce wpadnie, to, co znać n a l e ż y, a raczej: co znać już należy (należało?). Bo przecież studia polegają na samodzielnym drążeniu fascynujących nas tematów, a fascynować powinny wszystkie poruszane na zajęciach problemy.
Świeżo upieczony maturzysta i kandydat na studenta wydziału filologii polskiej winien więc mieć za sobą nieprzespane noce, spędzone na czytaniu tych i owych książek – bo przecież dnie spędzał na nauce do egzaminów maturalnych (przecież nie tylko z języka polskiego) i próbując nadążyć za pędzącymi z programem pomocnikami Oświaty, którzy już dawno dostali zadyszki, próbując za ową Oświatą i jej Postanowieniami nadążyć.
A jeśli ów świeżo upieczony maturzysta i kandydat na studenta wydziału filologii polskiej miał za sobą przespane noce (bo akurat spać lubi, a i do nadprogramowego czytania zabrakło mu wystarczająco silnej woli), braki czym prędzej winien nadrobić, zasypiając z wyczerpania w czytelniach akademickich bibliotek. Absolutnie nie powinien się przejmować tym, że nie uda mu się przeczytać w s z y s t k i c h książek, poznać w s z y s t k i c h tych nazwisk, które znać w jego gronie wypada, dokładnie poznać każdy poruszany na zajęciach problem – i przy okazji wzbogacić go o swoje przemyślenia, które później zostawi potomnym w jakimś krótkim referacie. A już przede wszystkim nie powinien się przejmować tym, że w związku z podziałem studiów na dwa etapy, przyjdzie mu na pierwszym roku w telegraficznym skrócie poznać powierzchownie na zajęciach (a dogłębnie we własnym zakresie, do czego motywacją będzie ten palący wstyd, jaki ogarnie go w przyszłości, gdy nie będzie potrafił udzielić odpowiedzi na postawione pytanie; lepiej więc zawczasu się przygotować i zgłębiać to, co jest do zgłębienia) aż pięć epok literackich i twórczości mniej lub bardziej ważnych (czyli tych, których znać należy) przedstawicieli tychże epok. W tym celu dostanie kanon – dość skromny, okrojony, np. bez Szekspira (którego nieznane jeszcze dzieła pozna na innych zajęciach), bo przecież resztę przeczyta sam. Niemożliwością jest porządne przerobienie tego skromnego kanonu, mimo całej jego skromności. Nie, kłamię, wykładowcy przeprowadzili badania, o których wyniku poinformował dziekan: student jest w stanie porządnie przerobić kanon, jeśli codziennie będzie wstawać o szóstej rano i czytać do późnego wieczora z przerwami na jedzenie i czynności fizjologiczne, ale bez udziału w zajęciach akademickich i innych zajęciach.
Absolutnie nie powinien się przejmować, że nie będzie mieć tylko egzaminu z historii literatury, ale też z kilku innych przedmiotów.

Dziewiętnastoletni student polonistyki winien – zanim jeszcze przestąpi próg uczelni, tej matki karmiącej, a więc surowej i wymagającej, dlatego stawiającej takie wymagania – znać wszystkie zagadnienia z programu nauczania, znać wszystkie wymienione w tym programie pozycje oraz te, które wymienione nie są, bo znać je należy.
Dobrze jest, jeśli książki towarzyszą w życiu. Nie jest dobrze, kiedy książki wypełniają życie. Nie jest dobrze, kiedy książki pochłaniają życie.

Słońce przetrzymało mnie godzinę, chowając się, to znów wychodząc zza chmur. Z zachmurzonymi oczyma (bo przecież patrzyłam na te chmury) i z zachmurzonym czołem wróciłam do domu, kot zaś czmychnął w krzaki. Skończyłam „Lolitę”. I nadal będę udawać, że znam to, co „państwo przecież doskonale już zna”.





17.07.2008 :: 23:50 | komentuj (1)

Bajka o królewnie?

Znam ją od niedawna, ale miałam wystarczająco dużo czasu, żeby ją poobserwować i na podstawie tych obserwacji choć trochę poznać. Nie polubiłam jej, zaakceptowałam tylko, chociaż powinnam zrobić odwrotnie – nie akceptować, a polubić; na pewne rzeczy godzić się nie można, nie można ich akceptować, żeby się do nich nie przyzwyczajać, nie przymykać na nie oka, żeby można było zareagować, kiedy się wymkną spod kontroli. Dlaczego zdecydowałam się o niej napisać? Być może popchnęła mnie do tego jej własna nieudolność oraz nieśmiałość – bo sama często ma ochotę wykrzyknąć kilka słów tak głośno, żeby usłyszał cały świat, a przynajmniej jakaś jego część, żeby mieć to za sobą, w pewien sposób podzielić ten „ciężar” na większą liczbę barków. Za każdym razem jednak okazuje się, że brakuje jej odwagi, że raczej wolałaby zamilknąć, zapaść się pod ziemię, zniknąć – niż przyznać się, dlaczego zachowuje się tak, a nie inaczej, dlaczego czasem odmawia, udziela pokrętnych odpowiedzi, przyznać się, co tak naprawdę jej dolega. Obawia niezrozumienia, odrzucenia i jeszcze kilku innych reakcji, zapewne słusznych, a w każdym razie „normalnych” z punktu widzenia jej (tylko wyimaginowanych) interlokutorów, podziału, takiego cichego, na „nich” – tych lepszych, normalnych, i „nich” – tych innych, przeciw czemu na pewno by się buntowała, ubrania jej w myślach w biały kaftan, a przynajmniej uznania za osobę niezrównoważoną, może nawet niebezpieczną, a jeśli nie niezrównoważoną i niebezpieczną, to najpewniej najzwyklejszą hipochondryczkę. Nie krzyczy więc, a mówi cicho – i tylko do niektórych, tych, którzy są w stanie zrozumieć. Boi się konfrontacji, boi reakcji, które sobie wyobraża, a które może wcale nie miałyby miejsca, gdyby spróbowała…

A gdyby to wszystko opisała? Również uznałoby ją za istotę niebezpieczną, niezrównoważoną, z fanaberiami? A może zostałaby okrzyknięta ekshibicjonistką lub prowokatorką? W dodatku wstrętną, odrażającą, infantylną i…

Z boku wszystko jest normalnie. Można by powiedzieć, że jest królewną z bajki, żyjącą w bajkowym świecie, a jeśli nie królewną, to przynajmniej dzieckiem szczęścia, takim w czepku urodzonym, nieustannie chronionym przez Anioła stróża. Ma wszystko, czego do szczęścia można potrzebować – może nie do jakiegoś wielkiego Szczęścia, ale na pewno do szczęścia. Oprócz tego jest młoda i choć urodą nie oszałamia, jest ładna, pełna świeżego jeszcze, niedawno odkrytego seksapilu, pełna kobiecości i zadowolenia ze zgrabnej sylwetki, tych kilku milimetrów, a może nawet centymetrów wysokości, które jej przybyły w ostatnim czasie i wydłużyły nogi, zadowolenia z siebie z wszystkimi niedoskonałościami. Jest chodzącą w szortach, koronkach, klapkach na płaskiej podeszwie, takich, w których widać pomalowane paznokcie, Młodością, Kobiecością, tą z rodu Ewy, grzechu wartą, choć nie kusi. Płeć przeciwna zainteresowała się nią późno i teraz nadrabia braki, naprzemiennie śmiesząc ją i irytując swymi wyznaniami, bo ona już kocha. W indeksie ma same piątki i czwórki, ambicję w głowie. Wiele jej tego zazdrości, choć uparcie powtarza, że to raczej przypadek niż wiedza, ale na wszelki wypadek nie odzywa się na zajęciach, nie zwiedza pubów w towarzystwie koleżanek z roku, znika grzecznie w tramwaju i jedzie jak najdalej od nich. Pewnie by chciały wreszcie poznać prawdziwą odpowiedź na pytanie, dlaczego znów przyszła smutna, zgaszona – bo ile razy można się nie wyspać, mieć zły dzień, przechodzić PMS? One nie wiedzą, dlaczego zdarza jej się nie pojawiać na uczelni. Nie wiedzą, kogo odwiedza raz w miesiącu w sennej, wstydliwej uliczce, prawie nikomu nieznanej i wiecznie pustej.

One nie widzą jej zbyt szczupłych ramion, zbyt szczupłych ud i innych części ciała, żył przypominających deltę Nilu, włosów, które uparcie wypadają z jej głowy. Nie znają lęku, który nią targa, który nie pozwala jeść, przytyć, spędzić dnia lub wieczoru na mieście, zahaczając o dawne ulubione restauracje, który często nie pozwala oddychać, zasnąć, cieszyć się życiem i tym szczęściem, które ma i które by jej wystarczyło – do szczęścia.

Królewny nie mają problemów. Królewny, zwłaszcza te młode i ładne, mają kolorowe sny i królewskie marzenia, a nie tak trywialne, jak te, w których czuje się smak kanapki z ogórkiem i pomidorem, zjadanej na kolację w gronie dawnych przyjaciółek. Królewny nie marzą o gofrach z owocami, sałatkach, zapiekankach z krakowskich placów. Królewny nie mają problemów.

Królewny są też zdrowe. Nie muszą odwiedzać najróżniejszych lekarzy (internistów, laryngologów, dermatologów, okulistów, alergologów i Bóg wie jakich jeszcze), poddawać się najrozmaitszym badaniom, z biciem serca oczekiwać wyników i z ulgą oddychać, kiedy mimo tych szczupłych ramion i wypadających włosów nie ma oznak anemii, tarczycy, białaczki czy innych chorób „branych pod uwagę”.

Widać ona nie jest królewną. Może kiedyś to zostanie stwierdzone – i to bez użycia grochu. Jest za to dziewczyną, która codziennie rano przed lustrem powtarza vivere est militare, zaciska zęby i stara się jakoś przeżyć kolejny dzień. I paradoksalnie codziennie wieczorem świętuje swoje zwycięstwo.

Jest dziewczyną, która choruje na nerwicę, która miewa ataki paniki, które dusi w sobie, żeby nikt nie widział i które bezskutecznie stara się oswoić. Nie chcę szukać przyczyn jej lęku i lęków, ona sama powtarza, że nie chce się nad sobą rozczulać, że nie chce współczucia, a tylko zrozumienia, przyjęcia do wiadomości słowa „choroba” (czy w ogóle można podać źródło choroby? czy ktoś pyta chorego na raka, dlaczego wybrał akurat jego?), nie oceniania jej, nie uznawania za kogoś „innego”. Tylko jak się zachować, gdy ma się do czynienia z osobą, która co miesiąc, a czasem nawet częściej, odwiedza psychiatrę, z osobą, która zachowuje się normalnie, która przecież nie pasuje do wizerunku pacjenta psychiatry, która ze spokojem i bez skrępowania wymawia nazwę tej profesji. Z osobą, która zasypia po środku nasennym, która stosuje już trzeci lek, mający kiedyś zapewnić jej normalne życie – takie, jakie prowadziła jeszcze rok temu. Zapewnić normalność, której brakuje w posiadanym przez nią szczęściu.

Jeśli spotkacie kiedyś królewnę, pamiętajcie, że królewny, oczywiście te prawdziwe, dystyngowane, zawsze w obecności poddanych uśmiechają się przez łzy, nawet jeśli przeżywają wielką tragedię. Pamiętajcie, że nie zawsze żyją długo i szczęśliwie. Życie to nie bajka.


Staram się uśmiechać – pomimo tych przysłowiowych łez. A dziś znów usnę po tabletce nasennej. Jutro powalczę o kolejny dzień. Niedługo znów pójdę do psychiatry.





28.04.2008 :: 21:59 | komentuj (1)

Lubię te noce kwietniowe - nie upalne, ale już nie chłodne. Niosące zapach kwiatów, zapach traw, zapach nadchodzącego maja - zapach wiosny, która w maju wybucha z całą mocą. Orzeźwiające. Niosące zapowiedź nowego, niosące jakiś niewytłumaczalny optymizm i radość.
Lubię te noce - mające w sobie jakieś tajemnice i zapowiadające noc Walpurgi. A ja przecież mam w sobie coś z czarownicy.

Rozkwietniło się na świecie, rozzieleniło, rozsłoneczniło.
Rozwiosenniło wokoło.
Znów nam ubędzie lat.

A mnie tak jakoś lirycznie, i smutno, i wesoło zarazem.





27.04.2008 :: 12:16 | komentuj (5)

Kompilacja twórczości Haliny Poświatowskiej oraz mej własnej

- taka tam zabawa lingwistyczno-liryczna przesiąknięta przedmajowym powietrzem oraz nocną melancholią, bez ładu i składu napisana w celach bliżej autorce nieznanych po kolejnej lekturze wierszy Haliny Poświatowskiej; no, może niech celem będzie docere et delectare et movere czy coś w tym guście, oraz fakt, że trzeba dodawać jakieś notki, coby nie usunięto bloga -


Czasem brakuje łez i słów. Czasem lepiej te słowa pożyczyć od kogoś. Ja pożyczam od niej - jak zwykle.
Z nią los się obchodził mimo wszystko gorzej. Ale ja też dotknęłam miłości, też miała smak gorzki jak filiżanka ciemnej kawy (a ja zawsze słodzę kawę), też wzmogła rytm serca, rozdrażniła mój żywy organizm, rozkołysała zmysły i nie pozwoliła zasypiać.

Tylko jej świat był inny. I ludzie byli inni. Może nawet byli dobrzy. Może mieli to tzw. poczucie przyzwoitości. Może nie chcieli szybko, łatwo i przyjemnie, bez swego wkładu. Umieli na pewno mówić. I opowiadać. Godzinami. Myśli i uczucia ubierać w słowa. My już tego nie potrafimy.

Czasem nie chce się już mieć ani rąk, ani oczu, ani uszu, ani serca.
Ci z tamtego świata mówią, że wystarczy poczekać. Ale we mnie też czas nie potrafi zastygnąć, toczy się poprzez krew, może tylko wypłynąć samobójczymi kroplami i zniknąć. Nie będę więcej słuchać, jak opowiada pięknie o zakręcie rzeki, nie będę patrzeć, jak dom rysuje paznokciem na gładkim blacie ulicy, nie będę rozwierać palców, kiedy znów mi poda kwitnącą przyszłość jak owoc pomarańczy - na dłoni.

Tak, miała rację, że tryb przypuszczający ma swój urok. Bo przecież też mógłby mnie nazwać żoną, mógłby w gorące południe przynieść przejrzyste szkiełko lodu i zamiast pocałunku, włożyć je do topniejących ust. Mógły pocałować moje usta i włosy - bardzo samotne w swej nieustannej obecności - i dłonią zręczną w uśmiech zagładzić.

Ja go czasem widzę, lecz wyciągniętymi rękoma dotykam tylko mojej myśli o nim. Myśli sama nie wiem jakiej. Widocznie tak można: z najprawdziwszym mieniem rozstać się i nie patrząc wstecz - odejść. A kochać wciąż pokornie. Można mówić do słońca albo krzyczeć do nieba, że widać nie dorósł do pięt mojej urody, że umrę, jeśli odejdzie. Można się żalić gwiazdom, że nie był wcale piękny i charakter miał raczej trudny, że nie był czuły i w ogóle jakiś nijaki. Ale kto mi teraz umaluje niebo, skoro odszedł i nie wróci? Uczepiłam się jego cienia (a mój cień już jest kobietą, odkryłam to na ścianie), trzymam miłość moją za włosy, tylko po co? Nie dla mnie rutka na wianek, starą panną zostanę, mogę śpiewać z tymi ptakami, które już od rana śpiewają pod moim oknem, siedząc na drzewie, które właśnie ożyło - jak co roku.

A on mówił - że kocha, a ja teraz tęsknię i w wielkiej zadumie podpieram brodę ręką, i myślę o dłoniach, których dotyk pamiętam. Ciągle jeszcze oddycham, ciągle jeszcze się uśmiecham do siebie w lustrze, jakoś to będzie - mówię - trzeba posprzątać, zrobić zakupy, przeczytać Platona ("Ucztę" ściślej mówiąc), trzeba pomyśleć o jutrze. Prawdę mówili, mówiąc, że świat się nie zawali, że ziemia będzie się kręcić dalej, obojętna na wszystko i wszystkich. Nawet słońce jak na złość świeci, a noce są piękne i spokojne. Więc ja zaciągam żaluzje, żeby nie wpuszczać słońca. Więc ja zamykam okno, żeby nie widzieć tych ludzi śmiejących się do siebie. Więc ja biorę jakieś tabletki, żeby zapomnieć, żeby nie czuć tego piękna i spokoju, który drażni i w złość wprawia, żeby zasnąć i nie mieć snów, w których mógłbyś się pojawiać. A tego roku wiosna, wiosna jest niesłychanie znajoma. Urzeka w każdym miejscu, jakby drwiła ze mnie i szeptała: idiotko, nie przyszłam w tym roku dla Ciebie.
Kolor wiosny jest zielony, a kolor bólu - ciemny.

Nie rzuca się kobiet, bo płaczą w rogu wszechświata zwinięte i gwiazdom chłodnego blasku zazdroszczą. Nie rzuca się kobiet ściętych pożądaniem.

Nie mówię nic.
Nie myślę.
W skupieniu głębokim trwam.

Doskonale aspołeczna siedzę w kucki, segreguję pragnienie, tęsknotę, ból. Przeglądam wspomnienia.

Czy jestem naprawdę żałobna?
Raczej nie lubię życia.
Raczej wolę śmierć.

Głupcze, modlę się do Ciebie. Żebyś się zmiłował nade mną.

Zanurzone we włosach twoich moje palce nie wiedziały, o własnej umiejętności. Teraz nie wiedzą, co dalej robić, a ja je uspokajam słowami, kłamię. W środku ciała jak kot wygięty pragnieniem wołam o ręce człowiecze. Nie słowem tęsknię, ale rękoma.

Świat będzie uboższy o tę trochę miłości, świat będzie chłodniejszy o tę czerwień, która nagłym przypływem nie rozżarzy moich policzków, świat będzie cichszy o to gwałtowne bicie serca.

Z miłości umiera się wielokrotnie. Pierwszy raz to smak gorzki, jak smak tej kawy bez cukru. Drugi raz to tylko smak przestrzeni. Za trzecim, czwartym, piątym umiera się z rutyną mniej wzniośle, z większą godnością. A ja i tak jestem Ci wierna i codziennie wybieram Ciebie spośród miliona, i szepczę kocham, chociaż to nie ma sensu i jak talizman noszę ze sobą wszędzie twój uśmiech od przedwczoraj pęknięty na pół. Ja jeszcze ciągle czekam na Ciebie, choć Ty nie przychodzisz.

Czekam, czekam wytrwale, a Ty jesteś słońcem, które pozwala mi mimo wszystko żyć. Jest znowu wieczór, na dachach za kilka miesięcy będzie leżeć śnieg, wąskie wieże kościołów, do których nie mam sił chodzić, nakłuwają niebo. I dni tak lekko biegną nie wiadomo gdzie.
Czekam długo, wspieram włosy na ręce, podpórkę robię włosom z moich rąk samotnych palców. Usta oszukuję pieszczotą kolorowej szminki. Czekajcie - mówię - przyfruną pocałunki. Piersi dotykam ręką, szeptam - czekajcie, przyjdzie ten, w którego rąk zagłębieniu znajdziecie spokojną przestrzeń.
Ale czasem rzucam to wszystko w chłodną taflę lustra, i odwracam twarz, i się śmieję płacząc.
Dlaczego przeklinam, dlaczego miotam obelgi?

Ślad kiedyś zniknie z mojej skóry, jak gdyby lakier odłupać paznokciem.

Wiara.
Nadzieja.
Miłość.

Mimo to wiem, że pewnie nie powrócisz.

Miłość jest słowem a mózg - metalową skrzynką, nakręconą codziennie srebrnym kluczem ułudy.

słowami
skarżę się z moich udręczeń
jak gdyby liryka była kluczem
którym można by otworzyć
zatrzaśnięty nie tak dawno raj

jeszcze głos twój usłyszeć chcę
zapachem się zaciągnąć
pojąć cię raz i na zawsze wszystkimi zmysłami
i nigdy nie zrozumieć i ciągle na nowo
dochodzić prawdy pocałunkami

***

Tulipany rozkwitły. Zaraz pokażą się konwalie.
Nie, nie chcę nienawidzić wiosny!





30.03.2008 :: 15:21 | komentuj (5)

Dlaczego nie nauczyłam się gotować w wakacje?

Aj.
Oj.





15.02.2008 :: 11:27 | komentuj (3)

Wiem, że powinniśmi bojkotować, ale... tak, chciałabym raz w życiu przeżyć Walentynki tak, jak są one przeżywane w romantycznych filmach.

I nic mnie to bojkotowanie nie obchodzi.





15.01.2008 :: 19:11 | komentuj (6)

Muszę dać upust swojej radośći i się pochwalić. Wybaczcie kobiecą próżność.

1) Znalazłam się w gronie 20 osób, które dostały się na specjalizację wydawniczą. Od lutego do czerwca będę poznawać podstawy edytorstwa i historię ruchu wydawniczego. A od drugiego roku już m.in. adiustacji tekstu, redagowania technicznego książki, podstaw prawnych działalności wydawniczej oraz marketingu książki.

Od dobrych kilku tygodni nie muszę poprawiać prac na fakultet ze sztuki pisania. Mam nadzieję, że - mimo wykształcenia w zakresie wydawania książek - będę się mogła w przyszłości dalej zajmować pisaniem.

Miałam przyjemność obejrzeć dziś kilkanaście inkunabułów, w tym kilka z końca XV w.

2) W przyszły piątek wybieram się do Warszawy, by u boku pana Andrzeja Polkowskiego przeżyć polską premierę siódmego tomu przygód Harry'ego Pottera. Zapewne będzie to dla mnie wielkie wydarzenie - przede wszystkim ze względu na możliwość osobistego poznania tłumacza.
W wywiadzie dla Tomu kultury, wydawanego przez Empik, pan Polkowski wspomniał o Prorok.pl. Nie ukrywam, że jestem dumna.

Mam się znaleźć w jury konkursu literackiego, który organizuje wydawnictwo Media Rodzina.

3) Przeżyłam ostatnio cudowny weekend z cudownym człowiekiem i, co najważniejsze, mam szansę na powtórkę owego cudownego weekendu.

4) Nowy laptop jak na razie bardzo dobrze się sprawuje.

5) Polubiłam wyprostowane włosy i luźne tuniki.

***


Oby zaliczyć sesję. I dać sobie radę z problemami zdrowotnymi.





08.01.2008 :: 19:12 | komentuj (0)

Ponoć ludzie zakochują się na wiosnę. Z pełnym przekonaniem mogę więc powiedzieć: idzie wiosna!






ta mała

justyna anna aleksandra

księga gości

zobacz
dopisz

było

2008
09
08
07
06
05
04
03
02
01
2007
2006

inni

agent
anarcha
arseniusz
consolamentum
commentari
dziedzic gryffindora
esthel
fil-ar
ivanka
lach
loyolny
krwawy baron
maks
nizam
notoryczna
otis
pani łyżeczka
radosław
wojtek

ownlog.com & fotolog.pl