19.07.2008 :: 19:38 | komentuj (0)
Siedziałam na krześle ogrodowym z wtulonymi w pożółkłą trawę bladymi nogami, nasmarowanymi kremem do opalania, czekając, aż słońce raczy choć na chwilę wyjść za chmur i pozwoli mi zażyć tej upragnionej kąpieli w swoich promieniach.
Pod krzesłem rozpłaszczył się kot. Jeśli chodzi o zamiłowanie do wygrzewania się na słońcu, to nie ma między nami różnic. Jestem takim samym kotem, jak on człowiekiem. No, może są – nie kładę się na parapetach. Ale gdybym mogła, kto wie…?
Od tygodnia mam wakacje. Co prawda ostatni egzamin odbył się pierwszego lipca, ale potem było wybieranie mebli (szwedzkich), unifikujących każdą przestrzeń polskiego domu, a przynajmniej mogących ją zunifikować w sześciu czy siedmiu wybranych miastach Polski (albo nawet i poza nimi), weekend w Krakowie, potem znów wybieranie dywanów, akcesoriów kuchennych, łazienkowych i kilku jeszcze innych rzeczy.
Od tygodnia mam wakacje i na razie nie ruszam się z domu. Nie, owszem, ruszam się, precyzyjniej byłoby napisać: nie ruszam się poza granice miasta. Na jeszcze jeden tydzień. Potem będzie ustawianie książek na meblach, sprzątanie zunifikowanej wcześniej powierzchni – zwyczajne udomowianie mieszkania.
Na moich kolanach (na szczęście krem się szybko wchłania) spokojnie spoczywała książka, otwarta na jednej z ostatnich kart. Nie żadna z listy tych, które zamierzałam przeczytać w wakacje. „Lolita” Nabokova.
W czasie roku akademickiego pisałam w myślach (bo pamięć mam jeszcze nienajgorszą) listę ambitnych książek, których treść powinnam poznać już dawno, i do nieznajomości treści których wstyd się przyznać, lepiej więc twierdząco – kiedy ktoś stwierdza, że się je zna i przechodzi do prezentacji związanych z nimi zagadnień – kiwać głową i nie zdradzać po sobie prawdziwego stanu rzeczy. Braki w swym oczytaniu, tę wielką i brzydką plamę na mym przyszłym polonistycznym wykształceniu, postanowiłam uzupełnić (wyczyścić) właśnie w wakacje.
Plan wydawał mi się prosty: dużo wolnego czasu, owe książki, para oczu. Dużo wolnego czasu, książki, ja. I kiedy wreszcie nadeszła możliwość zrealizowania tego snutego przez kilka miesięcy planu, górę wzięło zmęczenie „ambitną” literaturą zawartą w kanonie lektur oraz chęć odpoczynku przy niewymagającej większego skupienia literaturze. Tydzień temu, kiedy pociąg do Łodzi kaliskiej zatrzymał się na zaniedbanej stacji o aż dwóch peronach, ogarnęło mnie całkowite rozprzężenie.
To zaskakujące i jednocześnie przerażające, ile książek, ile nazwisk uczeń pierwszego roku polonistyki znać powinien – a jeśli nie zna, niech przynajmniej udaje, że zna. Nasuwa się pytanie „gdzie miał je poznać?”. W szkole, w której czyta się fragmenty ustalonych lektur, co przecież nie stoi na przeszkodzie, by nauczyciel do programu wprowadził przynajmniej te kilka książek? W domu, pod kołdrą, czytając przy latarce albo przy świecy? – żeby móc później zarzucić nauczyciela bądź kolegów kilkoma cytatami i mieć poczucie, że wzbogaciło się własną osobowość o kawałek dobrej literatury, a co za tym idzie, mieć to dziwne, ale miłe zarazem uczucie wyższości nad innymi śmiertelnymi. W bibliotekach, już będąc studentem? – z zapartym tchem, z wyrazem nieustającego zachwytu i zdumienia zgłębiać nie tylko ten elementarny kanon, ale też czytać, czytać, czytać to, co w ręce wpadnie, to, co znać n a l e ż y, a raczej: co znać już należy (należało?). Bo przecież studia polegają na samodzielnym drążeniu fascynujących nas tematów, a fascynować powinny wszystkie poruszane na zajęciach problemy.
Świeżo upieczony maturzysta i kandydat na studenta wydziału filologii polskiej winien więc mieć za sobą nieprzespane noce, spędzone na czytaniu tych i owych książek – bo przecież dnie spędzał na nauce do egzaminów maturalnych (przecież nie tylko z języka polskiego) i próbując nadążyć za pędzącymi z programem pomocnikami Oświaty, którzy już dawno dostali zadyszki, próbując za ową Oświatą i jej Postanowieniami nadążyć.
A jeśli ów świeżo upieczony maturzysta i kandydat na studenta wydziału filologii polskiej miał za sobą przespane noce (bo akurat spać lubi, a i do nadprogramowego czytania zabrakło mu wystarczająco silnej woli), braki czym prędzej winien nadrobić, zasypiając z wyczerpania w czytelniach akademickich bibliotek. Absolutnie nie powinien się przejmować tym, że nie uda mu się przeczytać w s z y s t k i c h książek, poznać w s z y s t k i c h tych nazwisk, które znać w jego gronie wypada, dokładnie poznać każdy poruszany na zajęciach problem – i przy okazji wzbogacić go o swoje przemyślenia, które później zostawi potomnym w jakimś krótkim referacie. A już przede wszystkim nie powinien się przejmować tym, że w związku z podziałem studiów na dwa etapy, przyjdzie mu na pierwszym roku w telegraficznym skrócie poznać powierzchownie na zajęciach (a dogłębnie we własnym zakresie, do czego motywacją będzie ten palący wstyd, jaki ogarnie go w przyszłości, gdy nie będzie potrafił udzielić odpowiedzi na postawione pytanie; lepiej więc zawczasu się przygotować i zgłębiać to, co jest do zgłębienia) aż pięć epok literackich i twórczości mniej lub bardziej ważnych (czyli tych, których znać należy) przedstawicieli tychże epok. W tym celu dostanie kanon – dość skromny, okrojony, np. bez Szekspira (którego nieznane jeszcze dzieła pozna na innych zajęciach), bo przecież resztę przeczyta sam. Niemożliwością jest porządne przerobienie tego skromnego kanonu, mimo całej jego skromności. Nie, kłamię, wykładowcy przeprowadzili badania, o których wyniku poinformował dziekan: student jest w stanie porządnie przerobić kanon, jeśli codziennie będzie wstawać o szóstej rano i czytać do późnego wieczora z przerwami na jedzenie i czynności fizjologiczne, ale bez udziału w zajęciach akademickich i innych zajęciach.
Absolutnie nie powinien się przejmować, że nie będzie mieć tylko egzaminu z historii literatury, ale też z kilku innych przedmiotów.
Dziewiętnastoletni student polonistyki winien – zanim jeszcze przestąpi próg uczelni, tej matki karmiącej, a więc surowej i wymagającej, dlatego stawiającej takie wymagania – znać wszystkie zagadnienia z programu nauczania, znać wszystkie wymienione w tym programie pozycje oraz te, które wymienione nie są, bo znać je należy.
Dobrze jest, jeśli książki towarzyszą w życiu. Nie jest dobrze, kiedy książki wypełniają życie. Nie jest dobrze, kiedy książki pochłaniają życie.
Słońce przetrzymało mnie godzinę, chowając się, to znów wychodząc zza chmur. Z zachmurzonymi oczyma (bo przecież patrzyłam na te chmury) i z zachmurzonym czołem wróciłam do domu, kot zaś czmychnął w krzaki. Skończyłam „Lolitę”. I nadal będę udawać, że znam to, co „państwo przecież doskonale już zna”.
poprzedni wpis| następny wpis